Zima w podróży nie jest spektakularna, nie krzyczy kolorami, nie obiecuje zachodów słońca do zdjęcia.
Zima jest cicha i może dlatego tak bardzo uczy.
Wiosną wszystko przyspiesza. Latem chcemy zobaczyć jak najwięcej. Jesienią jeszcze próbujemy coś złapać, zanim minie.
A zima? Zima pozwala przestać gonić.
Nie da się przyspieszyć, gdy śnieg skrzypi pod butami. Nie da się planować zbyt ambitnie, gdy dzień kończy się o szesnastej. Nie da się mieć wszystkiego „na już”.
I może właśnie dlatego zimowe podróże są najbardziej prawdziwe.
Podróżowanie zimą to zgoda na mniej. Mniej atrakcji, mniej ludzi, mniej bodźców.
Ale w tym „mniej” mieści się więcej oddechu. W zimowym slow travel nie chodzi o listę miejsc. Chodzi o drogę między nimi. O przystanek na herbatę. O to, że nie musisz nigdzie zdążyć.
Zima nauczyła mnie, że nie trzeba zdobywać. Można po prostu być.
W górach, które wyglądają jak szkic ołówkiem. Nad morzem, gdzie fale są cięższe, a powietrze ostrzejsze. W mieście, które nagle robi się spokojne.
Zima odejmuje i przez to odsłania.
Może dlatego kończę tę serię bez podsumowania, bez rankingu, bez „naj”.
Zostawiam ją jak ślady na śniegu. Za chwilę ich nie będzie.
Ale pamięć drogi zostaje i to wystarczy.

Dodaj komentarz