Nie kończę zimy, ona po prostu zaczyna się rozpuszczać.
Nie zaczynam jeszcze wiosny, ona dopiero próbuje.
Ten moment „pomiędzy” zawsze jest najcichszy. Śnieg nie znika od razu. Słońce nie świeci jeszcze pewnie. Powietrze pachnie chłodem, ale już inaczej.
I właśnie wtedy lubię podróżować najbardziej.
Nie ma tłumów. Nie ma sezonu. Nie ma pośpiechu.
Są drogi, które nie wiedzą jeszcze, kim chcą być. Czy zimową opowieścią, czy już wiosennym początkiem.
Spaceruję bez planu. Zostawiam czapkę w plecaku. Zatrzymuję się częściej.
Bo to nie jest czas spektakularnych widoków. To czas subtelności.
Pierwsza kropla topniejącego śniegu. Pierwszy dłuższy wieczór. Pierwszy promień, który nie tylko świeci, ale grzeje.
W podróżowaniu – tak jak w życiu – najwięcej dzieje się pomiędzy. Między decyzją a działaniem. Między końcem a początkiem. Między zimą a wiosną.
Nie trzeba jeszcze planować wielkich wyjazdów. Wystarczy wyjść trochę dalej niż zwykle.
Zobaczyć, że świat się nie spieszy. On się zmienia powoli.
A my możemy zmieniać się razem z nim.

Dodaj komentarz