Kiedyś chciałam zobaczyć wszystko, każde miejsce, każdą ulicę, każdy punkt na mapie. Jakby podróż miała sens tylko wtedy, gdy będzie kompletna.
Z czasem przyszło zmęczenie. Nie ciała – głowy. Przesiadkami, planami, listami rzeczy, które trzeba zobaczyć.
I wtedy pojawiła się myśl, że może nie wszystko trzeba zobaczyć, że może nie po to się jedzie.
Najbardziej pamiętam nie miejsca, których było najwięcej. Pamiętam jedno popołudnie, jedną kawę, jedną ulicę, na której usiadłam dłużej.
Podróż przestała być zbieraniem. Stała się wybieraniem.
Zobaczyć mniej, ale uważniej. Zostać gdzieś dłużej. Ominąć coś bez poczucia straty.
Nie wszystko trzeba zobaczyć, żeby coś przeżyć. Nie wszystko trzeba zaliczyć, żeby coś zapamiętać.
Czasem wystarczy jedno miejsce, które zostaje i spokój, że to naprawdę było wystarczające.

Dodaj komentarz